Shearwater to niewielka wyspa (fikcyjna) targana sztormami u wybrzeży Antarktydy – miejsce odizolowane, surowe i nieprzyjazne, gdzie ostatni mieszkańcy, ojciec i czwórka dzieci, strzegą globalnej stacji nasion tuż przed jej likwidacją. Punkt wyjścia powieści Charlotte McConaghy zapowiada historię gęstą od napięcia i egzystencjalnych pytań, osadzoną w realiach świata balansującego na krawędzi katastrofy.
Największym atutem powieści pozostaje bez wątpienia tło przyrodnicze. Natura – dzika, groźna, nieprzewidywalna i surowa – została sportretowana sugestywnie, momentami niemal przytłaczając bohaterów swoją wszechobecnością. Niestety apokaliptyczny wydźwięk historii okazuje się zaskakująco nieporadny, a miejscami wręcz infantylny.
Problemem pozostaje również forma narracji. Lektura nie jest płynna – tekst sprawia wrażenie kanciastego i poszarpanego, przez co czytanie staje się męczące. Trudno jednoznacznie rozstrzygnąć, na ile jest to efekt tłumaczenia, a na ile samego stylu autorki. Także relacje między bohaterami nie zostały nakreślone w sposób przekonujący i nie budują emocjonalnego zaangażowania.
Niestety, dla mnie była to lektura rozczarowująca: interesująca w warstwie atmosfery, lecz zawodząca pod względem narracyjnym i psychologicznym. Dotarcie do końca książki było raczej aktem wytrwałości niż czytelniczej przyjemności.
Szkoda :(


.jpeg)
.jpeg)



